Autorka: Miłosława Kosmulska

Zawsze chciałam pojechać do Narwiku. To było jedno z moich marzeń. Chciałam pojechać, żeby zobaczyć miejsce w którym mój dziadek, Lech Bądkowski, walczył w 1940 roku. Za tę bitwę otrzymał odznaczenie Virtuti Militari. To miała być wycieczka sentymentalna, ale też krajoznawcza. Chciałam zobaczyć piękno Norwegii i poczuć klimat terenów znajdujących się za kołem podbiegunowym.

Z różnych powodów ciągle musiałam przekładać plany wyjazdu. Ostatecznie zaplanowany był na przyszły rok. I wtedy, mniej więcej w połowie maja, zadzwonił telefon z Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych. Dostałam zaproszenie na obchody 85. rocznicy bitwy o Narwik. To była okazja jedyna w swoim rodzaju i nie mogłam nie skorzystać. Ze względu na siebie, ale przede wszystkim ze względu na dziadka. Miałam zaledwie kilka dni na poukładanie swoich spraw. Udało się i rano 27 maja w Warszawie wsiadałam do autobusu, który miał zawieźć całą delegację na lotnisko, skąd razem z wojskiem i grupą dziennikarzy, wylecieliśmy do Narwiku.

Na miejscu przywitał nas chłód, wiatr i góry. Powietrze było zdecydowanie ostre, bardziej zimowe, a ja cieszyłam się, że wreszcie dotarłam. Że jestem nieco bliżej dziadka. Co prawda w Gdańsku i Toruniu też chodziłam jego śladami, ale tu okoliczności były inne. Tu miał miejsce jeden z najważniejszych epizodów wojennych jego życia…

* * *

Po porażce kampanii wrześniowej w 1939 roku, dziadek wrócił do swojego domu rodzinnego, do Torunia. Jak się okazało, nie mógł tam zostać, ponieważ Niemcy aresztowali wszystkich, którzy brali udział w walkach. Zdecydował się na ucieczkę z kraju. Razem z kolegą ruszyli na rowerach na południe. Zimą, na przełomie 1939 i 1940 roku, w mrozie i wysokim śniegu, przedzierali się przez góry, żeby w pierwszych dniach stycznia przekroczyć granicę z Węgrami. Stamtąd przedostali się do Francji, gdzie już formowały się wojska polskie. Tam dziadek dostał przydział do Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich.

W kwietniu 1940 roku rozpoczęto przygotowania do udziału wojska polskiego w bitwie o Narwik. Po niemieckiej inwazji na Norwegię uznano, że ze względu na strategiczną wagę znajdującego się tam portu rudy, należy go odbić z rąk nieprzyjaciela. Do walki ruszyły wojska Francji, Norwegii, Polski i Wielkiej Brytanii.

Polskie wojsko zostało wysłane do Norwegii dwoma statkami. Na jednym z nich znajdowali się żołnierze, którym pozostawiono do dyspozycji jedynie broń ręczną. Drugim statkiem płynął cały sprzęt ciężki i amunicja. Sytuacja była groteskowa, bowiem gdyby po drodze Niemcy zaatakowali konwój, polscy żołnierze byli w zasadzie bezbronni.

Na ląd wysiedli w Harstad w nocy z 7 na 8 maja 1940 roku. Stamtąd niebawem ruszyli na piechotę w kierunku Bjerkviku. To było pierwsze miejsce w którym oczekiwano ich wsparcia. Trzeba podkreślić, jak trudny to był marsz. Tereny te znajdują się za kołem polarnym. Są skaliste, nieprzyjazne i o tej porze roku wciąż leży tam śnieg. A żołnierze wędrowali nie tylko z własnym ekwipunkiem, ale dodatkowo musieli nieść wyposażenie wojskowe, takie jak radiostacje, czy przewody do nich. Odległość między jedną miejscowością, a drugą wynosi około osiemdziesiąt pięć kilometrów. Marsz był wyczerpujący i długi. Dotarli na sam koniec bitwy, ale dotarli.

Kolejne starcie to już bitwa o Narwik, która miała miejsce 27 i 28 maja. Polskie wojsko zajmowało wzgórze 295 i tam, blisko szczytu, znajdował się dziadek. Właśnie za tę walkę został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. Znając finał bitwy nie zdawałam sobie jednak sprawy z wagi tego, co tam się naprawdę stało. Dopiero po przyjeździe na miejsce i zobaczeniu z bliska tego właśnie wzgórza, uświadomiłam sobie czego dokonał. Zdałam sobie sprawę z tego, że dziadek nie otrzymał odznaczenia tylko za to, że zmusił kapitana, który był od niego przecież wyższy rangą, do przejęcia dowództwa. Na pewno nie za to, że zagroził mu bronią, zmuszając do opuszczenia pozycji. Ale za to, że jego działanie z jednej strony pozwoliło na utrzymanie płynności dowodzenia, co w tamtym momencie wydawało się kluczowe, a dodatkowo działał tak, aby utrzymać pozycję obronną i przez to zapewnić wsparcie dla dwóch kompanii, które znajdowały się bardziej z przodu. Jego postawa i sposób myślenia zostały docenione i zamiast sądu wojennego, którego się spodziewał, otrzymał odznaczenie z rąk generała Władysława Sikorskiego.

* * *

Podczas pobytu w Norwegii, z oczywistych powodów skupiałam się przede wszystkim na osobie dziadka. Ale przecież w walkach o Narwik brali udział nie tylko żołnierze z Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Podczas uroczystych obchodów dużo uwagi poświęcono zatopionemu niszczycielowi ORP „Grom”. Polska delegacja, w miejscu zatopienia statku, wrzuciła do wody wieniec. Złożono też kwiaty pod pomnikiem marynarzy ORP „Grom”. To co mnie najbardziej poruszyło w historii tego statku, to  fakt, że po zbombardowaniu złamał się na pół i nabierał wody w takim tempie, że zatonął w ciągu zaledwie trzech minut. Zginęło pięćdziesięciu dziewięciu członków załogi. I najważniejsze:  ORP „Grom” wciąż leży na dnie fiordu.

Cały pobyt w Norwegii trwał zaledwie kilka dni, ale to były dni pełne uroczystości, spotkań, wzniosłych chwil, a także pełne wrażeń. Dla mnie, osobiście. To był wyjazd dzięki któremu nie tylko udało mi się zrealizować jedno z małych marzeń, ale też kolejny raz zmienił się mój sposób postrzegania dziadka. Ten wyjazd dał mi dużo do myślenia. I za to jestem wdzięczna.

Miłosława Kosmulska